Mazurska stodoła w nowatorskim wydaniu

Gdy ponad dekadę temu Agnieszka i Marcin postanowili kupić polanę nad jeziorem, nie przypuszczali, że kiedyś stanie tu nowoczesna stodoła – oaza dla szukających intymności i wytchnienia.


O czym przeczytasz?

Czarna stodoła na mazurachOkno na spokój to czarny, drewniany dom o powierzchni 112 mkw. Znajduje się w Śniadowie, niedaleko Mrągowa. Budynek sprawia wrażenie, jakby został rozcięty na pół i przesunięty. Ma dwa tarasy zewnętrzne, a w środku - trzy sypialnie, salon z antresolą, kuchnię, dwie łazienki i saunę. Na pierwszy rzut oka wygląda jak stodoła, lecz nie taka tradycyjna, a bardziej nowatorska, oryginalna.  

Właściciele - Agnieszka i Marcin - którzy na co dzień mieszkają w Warszawie, ruszając z budową domu na Mazurach, zakładali, że będą w nim pomieszkiwali wraz z synami. Jednak gdy obiekt zaczął nabierać realnych kształtów, plany się nieco zmieniły… 

Dom na prowincji, inny niż wszystkie

Pomysł na inwestycję z dala od zgiełku narodził się spontanicznie.  

- Dziesięć lat temu, byliśmy ze znajomymi na Mazurach. Nasz syn był wtedy mały, spacerowałam z nim wokół Czos w Mrągowie, a mąż wybrał się z kolegą na wycieczkę rowerową. Wrócił z pomysłem – kupujemy działkę. Trochę musiał się wysilić, żeby mnie przekonać, ale ostatecznie dopiął swego – śmieje się Agnieszka. 

Teren przez siedem lat leżał odłogiem. Małżeństwo długo myślało, co na nim zbudować.  

- I wtedy spotkaliśmy na swojej drodze Karolinę i Mikołaja, architektów z Giżycka. Spodobały się nam ich projekty. Umówiliśmy się na dłuższą rozmowę, podczas której opowiedzieliśmy o swoich oczekiwaniach, względem tego miejsca. Projektanci bardzo uważnie nas słuchali. Nam przede wszystkim zależało na tym, by dom zapewniał prywatność, był funkcjonalny, a jednocześnie przyjazny zarówno dorosłym jak i dzieciom. Projektanci zaprezentowali nam czarny, drewniany budynek z elewacją z czarnej deski i surowej cegły.  Pierwsza myśl: chyba za odważnie. Karolina i Mikołaj byli jednak przygotowani na nasz sprzeciw – mówi Agnieszka.  

Architekci wytłumaczyli właścicielom polany całą ideę materiałową oraz opowiedzieli o krajobrazie kulturowym Mazur.  

Przekonali ich, że projekt jest jak najbardziej spójny z charakterystyką regionu. Stare, mazurskie drewniane stodoły też są czarne, a tradycyjna dachówka esówka, zwana holenderką, nie bez kozery już od dawna pokrywa mazurskie dachy – jest ciężka i nie daje się wichurom.  

Nowatorstwo wpisane w naturę

Niespodziewana zmiana planów 

W marcu 2018 r. wbito pierwszą łopatę. Niestety, o ile do dachu poszło szybko, to potem zaczęły się schody.  

- Ciężko dziś znaleźć fachowców. Na Mazurach powstaje dużo apartamentowców, dlatego wielokrotnie słyszeliśmy od potencjalnych wykonawców, że budowa jednego domu im się po prostu nie opłaca. Bez utrudnień nie obeszło się także wtedy, gdy udało nam się wreszcie znaleźć ekipę. Zdalne zarządzanie firmą budowlaną nie jest proste, trzeba było np. wybijać najważniejsze okno, z kadrem na las, bo zostało źle wmurowane – opowiada Agnieszka. 

Budowa trwała dwa lata. W grudniu 2019 r. dom był już w zasadzie gotowy do użytku.  

Wnętrza wyposażono w lekkie, drewniane meble, dywany z trawy morskiej, kominek i saunę.  

Tu goszczą klasa i komfort

Agnieszka i Marcin wraz z synami spędzili tu wiosnę, co wynikało przede wszystkim z sytuacji, związanej z wybuchem pandemii koronawirusa. 

- Ten czas pozwolił nam zweryfikować plany. Ruszając z budową domu na Mazurach, zakładaliśmy, że będzie to nasz second home. Jednak gdy prace dobiegły końca, okazało się, że dom wyszedł dużo ładniejszy niż zakładaliśmy. Dlatego zdecydowaliśmy się wystawić go na wynajem. Od maja regularnie przyjeżdżaliśmy tu ze znajomymi, którzy testowali nasze Okno na spokój, dzielili się z nami opiniami, wskazówkami. Wszystko po to, by dom był jak najlepiej przygotowany na przyjęcie pierwszych gości – opowiada Agnieszka. 

Zapewnia, że to idealne miejsce, by poobcować z naturą, wyciszyć się i na dłuższy czas podładować akumulatory.  

Jeśli jednak pojawi się potrzeba załatwienia czegoś w mieście, znajduje się ono w odległości siedmiu kilometrów.  

- Z wynajem ruszyliśmy w lipcu. Choć nie mieliśmy specjalnego ciśnienia, sierpień wynajął się bardzo szybko, zajętą mamy także większość jesiennych weekendów. Nasi goście często piszą, że zmęczyli się lockdownem w dużym mieście, albo potrzebują intymności i spokoju. Na pewno zabukujemy jakiś termin dla siebie w listopadzie. Będziemy  tu przyjeżdżać, ale nie za często, żeby się nie znudziło – śmieje się Agnieszka. 

Artykuły, które mogą Cię zainteresować