Żeby założyć najprostszy rachunek maklerski, nie trzeba nawet wychodzić z domu

Co trzeba zrobić, aby móc inwestować na giełdzie i z jakimi opłatami to się wiąże?


O czym przeczytasz?

Rachunek maklerski można założyć z domuPodstawową czynnością, konieczną do rozpoczęcia inwestowania na giełdzie, jest założenie rachunku maklerskiego. Bez niego nie da się inwestować w akcje, obligacje i inne instrumenty finansowe, dostępne na giełdzie.

Handel na giełdzie tylko przez biuro maklerskie

Rachunki maklerskie są prowadzone przez biura maklerskie, specjalne instytucje, które pośredniczą pomiędzy klientami, także firmami, a giełdą. Osoba inwestująca na giełdzie nie kupuje sama akcji, ani ich nie sprzedaje, tylko zleca taką operację swojemu domowi maklerskiemu. Dlatego każdy, kto chce inwestować na GPW, musi zostać klientem domu maklerskiego.

Na polskim rynku jest kilkadziesiąt domów maklerskich. Część specjalizuje się wyłącznie w obsłudze dużych klientów instytucjonalnych, niektóre oferują głównie usługi inwestowania na rynku walutowym. Generalnie jednak zwykły Kowalski, pragnący zostać inwestorem, ma spory wybór.

A to oznacza także spory ból głowy, jaki dom maklerski wybrać i jaką umowę podpisać.

Jak założyć najprostszy rachunek maklerski

Początkującym proponujemy, aby poszli po linii najmniejszego oporu i założyli rachunek inwestycyjny w instytucji, która jest powiązana z ich bankiem. Przede wszystkim dlatego, że jest to najłatwiejsze i najszybsze. W większości przypadków wystarczy po prostu wejść na swoje konto internetowe i otworzyć rachunek. Tak można zrobić np. w ING BSK, mBanku czy w Santander Bank Polska.

Nie każdy bank daje taką możliwość. Na przykład dla założenia rachunku maklerskiego w PKO BP konieczna jest wizyta w oddziale banku (trzeba mieć ze sobą dowód oraz dane urzędu skarbowego, w którym się rozliczamy). Podobnie jest w Banku Pekao. Kiedy jednak już załatwimy papierowe formalności, wtedy można z poziomu bankowości elektronicznej zawnioskować o integrację rachunku z kontem oszczędnościowym.

Dlaczego to jest ważne? Przede wszystkim jest to wygodne, kiedy mamy rachunek powiązany z kontem osobistym nie musimy zapamiętywać kolejnych haseł, uczyć się nawigacji w nowej aplikacji. No i oszczędzamy sobie kłopotów związanych z przelewami, bo pieniądze, za które kupujemy akcje czy obligacje, pobierane są bezpośrednio z naszego rachunku. Gdybyśmy mieli konto w innym banku, musielibyśmy najpierw zlecić przelew, następnie odczekać, aż zostanie zaksięgowany na naszym koncie, a dopiero potem moglibyśmy składać zlecenie zakupu akcji. Do tego dochodzą ewentualne koszty – nawet jeśli mamy darmowe przelewy w naszym banku, to już w drugą stronę – a więc przy przelewie z rachunku maklerskiego na nasz ROR – trzeba się liczyć z opłatami.

Tańsze i droższe rachunki maklerskie

Co jest ważne – poza wygodą – przy wyborze rachunku inwestycyjnego? Oczywiście to, ile za taki rachunek zapłacimy. Standardem jest, że samo otwarcie jest darmowe, ale płaci się za prowadzenie rachunku. Ceny są różne, np., w Banku Pekao za prowadzenie konta płaci się 60 zł rocznie (chyba, że otwarcie nastąpiło w drugiej połowie roku, wówczas cena za pierwszy okres wynosi 30 zł). Identycznie jest w PKO BP. W mBanku najprostsza usługa e-Makler jest bezpłatna. Podobnie jest w Santanderze i w ING BSK.

Przy czym trzeba pamiętać, że banki (a więc i należące do nich biura maklerskie) promują elektroniczne kanały komunikacji. Aby zapłacić w PKO BP 60 zł, trzeba mieć nie tylko dostęp do kanału elektronicznego, ale też należy wyrazić zgodę na tzw. trwały nośnik elektroniczny. Jeśli nie spełnia się któregoś z tych warunków, trzeba będzie wydać 80 zł rocznie. W przypadku mBanku rachunek e-Makler jest darmowy, jeśli wyraziło się zgodę na elektroniczną komunikacje z bankiem. Jeśli nie, wtedy rachunek kosztuje 50 zł rocznie.

Ile kosztuje gra na giełdzie?

Na co jeszcze trzeba zwrócić uwagę? Na koszy transakcji na giełdzie, jakie pobierają domy maklerskie. Chodzi o to, że przy każdej operacji – a wiec i przy każdym zleceniu zakupu akcji lub obligacji, i przy zleceniu ich sprzedaży – płacimy prowizję. Jej wysokość zależy przede wszystkim od wartości zlecenia. W PKO BP koszt zlecenia zakupu czy sprzedaży akcji to 0,39 proc. wartości zlecenia, nie mniej niż 5 zł. W Banku Pekao – 0,375 proc. wartości zlecenia, nie mniej niż 3,9 zł. W mBanku – 0,39 proc., nie mniej niż 3 zł. W ING BSK prowizja to 0,3 proc.,  nie mniej niż 3 zł. W Santanderze – 0,39 proc., minimum 5 zł.

Powyższe wartości to ceny standardowe, a więc ustalone dla osób nieinwestujących dużych kwot i składających zlecenia poprzez kanały elektroniczne. Bo ci, którzy składają zlecenia osobiście lub przez telefon muszą się liczyć z większymi opłatami. Ci zaś, którzy inwestują większe kwoty, zapłacą mniej.

Progi nominalne mają znaczenie

Warto też zwrócić uwagę na progi nominalne. W przypadku PKO BP ok. 5 zł przy cenie 0,39 proc. zapłacimy od zlecenia o wartości ok. 1300 zł. Z kolei w Pekao – 3,9 zł przy cenie równej 0,375 proc. zapłacimy od zlecenia o wartości 1040 zł. W mBanku wartość zlecenia, które obejmuje całą prowizję liczoną w złotych, wyniesie ok. 770 zł, w ING BSK – 1 000 zł, w Santanderze – jak w PKO BP – ok. 1040 zł. Oczywiście możemy składać zlecenia o niższej wartości, ale wtedy będziemy faktycznie przepłacać.

Powyższe wyliczenia dotyczą akcji i to wyłącznie polskich. Zakup i sprzedaż obligacji kosztuje mniej – tutaj wartości wahają się nawet od 0,1 proc. do 0,2 proc. Ale tutaj także są progi nominalne, które rzutują na opłacalność całej operacji, na przykład w Banku Pekao cena to 0,1 proc., ale nie mniej niż 5,9 zł, co oznacza, że aby „sfinansować” całą prowizję, trzeba kupić obligacje za co najmniej 5 900 zł. Są także promocje – w ING BSK obecnie obrót obligacjami kosztuje 0,1 proc., nie mniej niż 3 zł, ale kiedy promocja się skończy, cena wróci do poziomu 0,3 proc.

Handel akcjami zagranicznymi będzie droższy

Trzeba pamiętać, że w przypadku inwestycji giełdowych obowiązuje zasada, że im dalej, tym trzeba zapłacić więcej. A więc przy inwestycjach w akcje spółek zagranicznych trzeba się liczyć ze sporo wyższymi prowizjami niż przy zakupach akcji spółek krajowych, podobnie jest ze zleceniami na zagraniczne obligacje. Także w przypadku bardziej skomplikowanych instrumentów finansowych, notowanych w Polsce, takich jak kontrakty terminowe, zasady rozliczeń są inne.

Oczywiście, z czasem może się okazać, że taki podstawowy pakiet usług, oferowanych przez biuro maklerskie, przestanie wystarczyć. Inwestorzy mogą jednak dokupić sobie całkiem sporo dodatkowych rozwiązań, które ułatwią grę na giełdzie. Przykładem może być np. dostęp do tabeli notowań w czasie rzeczywistym. Zwykle bezpłatnie jesteśmy w stanie zobaczyć tylko jedną najlepszą ofertę w danym momencie. Jeśli chcemy widzieć więcej ofert, np. 5 dla danego instrumentu, trzeba liczyć się w wydatkiem rzędu ok. 100 zł miesięcznie. Dostęp do pełnej tabeli ofert jest jeszcze droższy. Ci najbardziej zaawansowani zwykle korzystają z aplikacji o bardzo rozbudowanych funkcjonalnościach, ale – oczywiście – to kosztuje.

Najlepiej zaczynać od polskich akcji

Dlatego też najpierw warto spróbować swoich sił na giełdzie i sprawdzić, czy ten sposób inwestowania pieniędzy nam odpowiada i czy radzimy sobie choćby ze stresem, a dopiero potem poszukiwać rozwiązań, które wydają się nam przydatne. Całkiem możliwe, że z czasem pożegnamy się z przybankowym rachunkiem inwestycyjnym i zdecydujemy się na zupełnie inną ofertę. Ale wtedy będziemy już posiadać niezbędne doświadczenie.

Jest jeszcze jedna rzecz, na którą zwłaszcza początkujący inwestorzy powinni zwrócić uwagę. Chodzi o ryzyko. Tak się bowiem składa, że ryzyko na giełdzie ma swoją cenę, czasem bardzo wysoką.

Otóż najniższe ryzyko inwestycyjne wiąże się z inwestowaniem w obligacje, zwłaszcza obligacje skarbowe. Tutaj zmiany cen są niewielkie, liczone raczej w ułamkach procenta. To powoduje, że nie jest łatwo zarobić, ale też trudno jest dużo stracić.

Bardziej ryzykowne są akcje. Na tym rynku, zwłaszcza w przypadku mniejszych spółek, nierzadkie są ruchy cen sięgające nawet kilkunastu procent. I to zarówno w górę, jaki w dół. To oznacza, że na giełdzie można zarobić więcej, ale także i więcej stracić.

Można stracić wszystko, a nawet więcej

Jednak są i takie rynki, gdzie można stracić wszystko, a nawet jeszcze więcej. Tak jest w przypadku inwestowania w tzw. instrumenty pochodne oraz na rynku walutowym forex. Dzieje się tak dlatego, że inwestorzy korzystają tam z dźwigni (czyli faktycznie z kredytu). Kiedy zarabiają, to dzięki dźwigni zarabiają więcej niż wynikałoby z kwoty, jaką zainwestowali. Niestety, kiedy tracą, jest podobnie. Dlatego początkujący inwestorzy powinni zaczynać od łatwiejszych rynków. A dopiero kiedy nabiorą doświadczenia i poznają reguły rządzące rynkiem, powinni próbować inwestycji w trudniejsze i bardziej skomplikowane instrumenty. W innym przypadku może się to skończyć utratą pieniędzy. To nie jest trudne, bo jak z wynika z informacji publikowanych przez Komisję Nadzoru Finansowego, na rynku walutowy traci nawet więcej niż 90 proc. inwestorów.

Artykuły, które mogą Cię zainteresować