Zegarek po “babci”

Po tej transakcji dowiedziałem się, że nie warto skupiać się tylko na nieruchomości i jej atutach. To oczywiście ma znaczenie, ale marginalne. Problemy generujemy zawsze tylko my. Ludzie.

Pamiątka po babci

Będąc młodym agentem, odebrałem dzwoniący telefon biurowy. Starsza pani zapytała, czy możemy jej pomóc w sprzedaży dwupokojowego mieszkania w Śródmieściu.

W pół godziny byłem pod wskazanym adresem. Jak się miało okazać w kolejnych tygodniach, czekał mnie prawdziwy chrzest bojowy w pracy pośrednika. Materiału wystarczyłoby na książkę.

Lokal usytuowany był na 23 piętrze, w jednym z najwyższych budynków w stolicy (w owym czasie).

Okazało się, że nieruchomość była bardzo atrakcyjna. Wysokie piętro, centralna lokalizacja, niesamowity widok i cisza. Powyżej 10 piętra szum miasta przestaje być dokuczliwy, a tu powyżej 20 było po prostu cicho.

Pani Czesława, bo tak miała na imię właścicielka, otworzyła mi drzwi i zaprosiła do środka. Wszedłem. Poprosiłem o pokazanie mieszkania. Imponujący widok panoramy miasta zasłaniała gigantyczna ilość piętrzących się ubrań. Płaszcze, kurtki, garsonki, spodnie, marynarki itd. Zapach jak w podrzędnym lumpeksie second hand. Dzisiaj już wiem, a wtedy właśnie się dowiedziałem, że nie warto skupiać się na nieruchomości, ilości pokoi i widoku z okien. To oczywiście ma znaczenie, ale marginalne. I tak ktoś mieszkanie kupi. Uwagę trzeba poświęcić w 100% człowiekowi, bo problemem nigdy nie są nieruchomości. Problemy generujemy zawsze tylko my. Ludzie.

Trochę oszołomiony zrobiłem sobie miejsce na wersalce pomiędzy szmatami i usiadłam naprzeciwko Pani Czesławy. Zaczęliśmy rozmawiać. Dowiedziałem się, że powodem sprzedaży są długi w spółdzielni i jeszcze jakiś problem prawny, który trudno było jej zdefiniować. Nie było w tym nic dziwnego, w końcu wiek czasami robi swoje i bywa, że w podeszłym wieku mamy problemy ze zrozumieniem. Spotkanie trwało około godziny. Potem były kolejne spotkania, rozmowy i dziesiątki telefonów na mój koszt. Od rana do wieczora dzwonił telefon biurowy, a operator pytał, czy może połączyć z panią Czesławą. Szef dostawał nerwicy, a współpracownicy mieli niezły ubaw. Kilka, a czasami kilkanaście razy dziennie słyszałem odbierz - twoja babcia dzwoni. Poznawaliśmy się wzajemnie. Starsza pani obdarzyła mnie zaufaniem, a ja starałem się zrozumieć jej położenie, aby ustalić, jak mogę pomóc. Ta znajomość dostarczała mi nieprzebranej ilości atrakcji. Czasami, kiedy brakowało argumentów, a może, kiedy nie okazywałem wystarczającej empatii, zamiast partykuły w wypowiedzi, Czesława rzucała czarną peruką po brudnej podłodze. Siedziała naprzeciw mnie kompletnie łysa z papierosem w ustach i wylewała krokodyle łzy nad własnym losem. Kiedy się uspokajała zakładała ponownie perukę do której przyklejały się kłęby kurzu z podłogi. Innym razem mdlała lub łapczywie chwytała powietrze, prosząc o szklankę zimnej wody. Każda wizyta była wyzwaniem. Zawsze, kiedy rozmowa zmierzała w niepożądanym kierunku, pokazywała mi bardzo plastycznie kres własnej wytrzymałości. Oczywiście trudnych tematów było mnóstwo, ale wyjaśnienie powodów omdleń stało się moim priorytetem.

Udaliśmy się do spółdzielni, gdzie wcześniej umówiłem spotkanie z prezesem. Zostaliśmy przyjęci bardzo chłodno. Pytałem o zadłużenie i możliwość wydania zaświadczenia do sprzedaży. Szef spółdzielni wyjaśnił mi, ostrym tonem, że nie wyda zaświadczenia, bo nie może, z powodu toczącej się sprawy sądowej. Spojrzałem na Czesławę pytająco, ale nie uzyskałem żadnych wyjaśnień. Ona odgrywała swoją rolę niedołężnej staruszki. Prezes widząc moją konsternację, spojrzał na mnie, na starszą panią i powiedział takich jak Pan było tu już z dziesięć osób, ona wszystkich oszukała, to oszuka i pana.

Wyszedłem z biura spółdzielni oszołomiony. Przeczuwałem, że coś jest na rzeczy, ale żeby nie powiedzieć o sprawie w sądzie?

Wróciliśmy do mieszkania, Czesława z płaczem zaczęła ciskać peruką i odgrywać swój łysy teatr. Chyba się uodporniłem na te atrakcje. Niewzruszony podniosłem perukę, położyłem na stole, spojrzałam na starszą panią i powiedziałem: “dosyć!!!. Koniec tego!!! Jak mam sprawę załatwić oczekuję prawdziwych informacji albo wychodzę i to będzie nasze ostatnie spotkanie. Co to za sprawa sądowa?

Czesława się przełamała. Oczywiście nie powiedziała prawdy, ale dowiedziałem się, kto blokuje sprzedaż.

Pani Zofia wraz z mężem starała się pomóc Czesławie (dwa lata wcześniej). Starsza pani, pomimo wysokiej emerytury popadła w problemy finansowe. Powstało duże zadłużenie w czynszu, brakowało środków na codzienne utrzymanie, a i długi telefoniczne rosły (uwielbiała dzwonić). Groźba eksmisji i widmo windykacji zawisło nad starszą panią. Czesława zwierzyła się z problemów pani Zofii, która prowadziła sklepsecond hand. (Jak się łatwo domyślić opowieść jest o stałej, najlepszej klientce tego sklepu). Obie panie szybko się zaprzyjaźniły i Zofia, czując biznes, jaki można zrobić na mieszkaniu, postanowiła pomóc Czesławie. Mąż Zofii był adwokatem i pomysłodawcą rozwiązania, aby za własne środki przekształcić spółdzielcze lokatorskie prawo w spółdzielcze własnościowe prawo do lokalu, a następnie spłacić długi Czesławy i w zamian kupić mieszkanie na atrakcyjnych warunkach. Założenie było proste. Starsza pani miała po sprzedaży otrzymać trochę gotówki i się wyprowadzić. Niestety było to założenie wyłącznie jednostronne. Czesława lubiła swoje lokum i widok na panoramę Warszawy. Nie zamierzała się wyprowadzać. Kiedy plan zrealizowano, zwyczajnie się rozmyśliła. Mąż Zofii wpadł w szał, ale niewiele mógł zrobić, bo starsza pani wykorzystała bezwzględnie najsłabszy element tego pomysłu. Powiedziała podobno: nie sprzedam i co mi zrobicie? Sprawa trafiła do sądu, kopia dokumentów do spółdzielni i sprzedaż została zablokowana. (Co ciekawe Czesława co jakiś czas zmieniała zdanie. Kiedy była w sklepie po kolejne szmaty obiecywała się rozliczyć i odgrywając rolę nieudolnej staruszki, wyłudzała kolejne pieniądze i towar. Sklepikarka prowadziła w tym celu oddzielny zeszyt.) Było absolutnie oczywiste, że jakakolwiek sprzedaż jest możliwa wyłącznie po zaspokojeniu wierzycieli i zwrocie kosztów przekształcenia mieszkania, a także pożyczek z zeszytu.

Wszystko wiedziałem. Byłem przygotowany do sprzedaży. Ułożyłem scenariusz przyszłej transakcji. Zrobiłem piękne zdjęcia panoramy Warszawy (wnętrze nie nadawało się do fotografowania), dodałem plan mieszkania, podpisałem umowę pośrednictwa i oferta trafiła na rynek.

To była bardzo interesująca nieruchomość, telefonowało wielu klientów. Po pierwszych prezentacjach zorientowałem się jednak, że wszyscy kupujący pragną tylko wykorzystać sytuację. Chcą wyłącznie tanio kupić i będą natychmiast chcieli się pozbyć Czesławy. Tymczasem ja ją polubiłem. Szczerze i prawdziwie chciałem pomóc sprzedać mieszkanie, ale jednocześnie zabezpieczyć możliwość dożywotniego zeń korzystania. To było ekstremalnie trudne. Spółdzielcze własnościowe prawo do lokalu jest ograniczonym prawem rzeczowym i nie można na nim ustanawiać dożywocia. Pomysł jak to rozwiązać podsunął mój szef, ale jego realizacja wymagała znalezienia bardzo specyficznego klienta. Oferta wypadła z rynku, a ilość kupujących zwęziła się do znajomych i przyjaciół. Szukaliśmy kogoś, kto chciał zainwestować, ale jednocześnie pozwoliłby Czesławie na dożywotnie zamieszkiwanie. Takiego klienta znalazłem. Ustaliliśmy warunki, omówiliśmy przebieg transakcji, konieczność rozliczenia gotówką zapłaty długów i ruszyliśmy do notariusza. W kancelarii w oddzielnym pokoju czekała na gotówkę Zofia z mężem, a my z kupującymi czekaliśmy na zwolnienie przez nich zabezpieczenia i umożliwienie sprzedaży.

Czesława taktownie się spóźniła. Weszła w lekko przekrzywionej, czarnej peruce, w nowiutkim płaszczu z lumpeksu i z firmową, błyszczącą czarną torebką. Z notariuszem współpracowała poprawnie i transakcja zakończyła się pełnym sukcesem. Zofia i jej mąż byli przeszczęśliwi. Odzyskali pieniądze. Nikt poza nimi nie wiedział, ile w zeszycie było długów prawdziwych, ile wirtualnych, ale starsza pani zdecydowała się honorowo zapłacić wszystko. To, jak na Panią Czesławę wpłynął widok gotówki (choć były to przeznaczone na spłatę długów) powinno stać się przedmiotem badania jakichś specjalistów. Błysk w oku potwierdzał, że nastąpiło cudowne ozdrowienie i wszelkie dolegliwości życia doczesnego minęły bezpowrotnie. Gotówka! Pieniądze! Cash na stole!

Nie minął tylko charakter Czesławy. Choć to wykraczało poza zakres moich obowiązków, po transakcji dopilnowałem uregulowania wszystkich długów, o jakich wiedziałem, wstrzymałem windykację z TPSA, nadpłaciłem za prąd. Pani Czesława miała gdzie mieszkać, spłaciła długi, konto w spółdzielni było wyzerowane, a do tego zostało jej dość sporo pieniędzy po sprzedaży (różnica wpłynęła na jej konto).

Ile trwała stabilizacja? Niestety niezbyt długo. Moja babcia już 5 miesięcy po sprzedaży dzwoniła na mój koszt, żaląc się, że ją okradziono, że brakuje jej środków na życie.

Koniec był, niestety jeszcze smutniejszy, ale i ciekawy. Czesława zmarła na serce kilka miesięcy później. Na pogrzebie byłem ja, kupujący, dwoje sąsiadów, ksiądz i ogromna ilość kwiatów. (Kupujący przeznaczył nadwyżkę środków z pogrzebu na kwiaty). Nie było zadłużenia w spółdzielni, bo to zobowiązanie regulował już nowy właściciel, ale były ogromne długi we wszystkich możliwych instytucjach udzielających szybkich pożyczek. Skrzynka pocztowa pękała w szwach od korespondencji windykacyjnej. Telefon był już wcześniej wyłączony. Pomimo tego, że zablokowałem możliwość przekroczenia pewnej kwoty na połączenia wychodzące, to wkrótce zadzwonił pracownik i zaproponował odblokowanie numeru i nową promocję … Ach!.

Pomimo iż pytałem wielokrotnie, nie udało mi się ustalić, czy Czesława miała rodzinę. Potwierdzenie, że miała, usłyszałem dopiero od sąsiadów na pogrzebie. Niestety bliscy znacznie wcześniej zerwali z Czesławą kontakty. Powodów można się tylko domyślać.

Z panią Zofią miałem dalej kontakt. Na początku znajomości obiecywała, że obsypie mnie pieniędzmi, jak jej pomogę odzyskać zainwestowane środki. W miarę postępów wdzięczność topniała. Obietnicą stał się nowiutki płaszczyk od Armaniego (z jej sklepu), a na koniec oszukała mnie przy wynajmie jej lokalu. Kontakt się urwał.

W trakcie porządkowania mieszkania po Pani Czesławie mój znajomy, znalazł stary, pozłacany zegarek. Wartość przedmiotu jest niewielka, ale sentyment ogromny. Mam go do dzisiaj, jako pamiątkę po mojej babci Czesławie i zakładam zawsze na najtrudniejsze transakcje.

Tak dla kurażu i dodania sobie otuchy.

Artykuły, które mogą Cię zainteresować