Puszka Pandory

Będąc młodym agentem sprzedawałem dużo i szybko nabrałem doświadczenia jak obywać się z trudnymi sprawami. Wydawało mi się, że pozostałe transakcje będą już tylko prostsze. Jak bardzo się myliłem, miał mi udowodnić kolejny klient. 

Mieszkanie na Żoliborzu

Pewnego letniego dnia pojawił się w moim biurze pan Józef. Elegancki, spokojny, dystyngowany starszy pan. Przyszedł wraz z żoną. Oboje bardzo mili, sympatyczni, kontaktowi. Szybko zaczęliśmy rozmawiać i dowiedziałem się że moi klienci potrzebowali sprzedać mieszkanie. Samo lokum było zupełnie normalne. Trzy pokoje, Sady Żoliborskie, wysokie piętro, fajny widok. Innymi słowy miałem szanse na kolejną ciekawą ofertę. Jak się jednak okazało klient nie był właścicielem całości. Posiadał 50% udziału w mieszkaniu, które pozostało mu po podziale majątku z byłą żoną. Niestety “cieszył się” tym mieszkaniem od ponad ćwierćwiecza. W środku cały czas mieszkała ona. Pani Teresa, jak zapewniał “dojrzała już” do podziału majątku. Co by nie mówić tempo podjęcia decyzji było niezbyt oszałamiające.   

Zapytałem więc o szczegóły. Klient długo opowiadał o przeszłości i kłopotach w komunikacji z byłą żoną, a ja słuchałem. To, że ludzie po rozwodzie wzajemnie się oczerniają jest oczywiste. Słuchałem więc niezbyt dokładnie. Rutyna powodowała, że zminimalizowałem negatywne sygnały płynące od klienta. Wtedy miałem wrażenie, że potrafię wszystko załatwić. Dzisiaj już wiem, że jeszcze nie raz będę się musiał pogodzić z porażką, ale wtedy wydawało mi się, że wystarczy podpisać umowę z panem Józefem i z panią Teresą, a pozostałe problemy znajdą rozwiązanie w trakcie.  

Kiedy klient zakończył opowieść, podsumowałem, że już różne kłopoty klientów pokonałem więc poradzę sobie również z jego byłą żoną. Myślałem “spotkam się, porozmawiam i będzie dobrze”. 

Klient spojrzał na mnie wymownie. Z troską i ojcowską mądrością w oczach, powiedział: “wierzę, że jest pan skuteczny, wierzę, że pomógł pan wielu trudnym klientom, ale takiej k...wy jak moja była żona pan jeszcze nie widział!” 

Przyznam, że to stwierdzenie wyrwało mnie z letargu rutyny. Otrząsnąłem się i powiedziałem, “że postaram się pomóc w sprzedaży”, ale w moim głosie było już mniej pewności siebie.

Podjąłem wyzwanie. Podpisaliśmy umowę pośrednictwa z Józefem, a następnie spotkałem się panią Teresą, która również podpisała ze mną umowę.

Była żona pana Józefa była samotną, starszą panią. Po spotkaniu z nią miałem bardzo mieszane odczucia. Niby była miła dla mnie, ale jakoś dziwnie się czułem w jej obecności. Dość łatwo rozmawialiśmy o sprzedaży, ale np. nie byłem w stanie dowiedzieć się niczego o przyszłości. Jakie były plany Teresy po sprzedaży, co i gdzie zamierzała kupić pozostawało tajemnicą. Odpowiedzią na moje pytania było zwykle stwierdzenie, że przeniesie się do rodziny w Garwolinie. Miałem wrażenie, że nie jest szczera. Szczególnie, że kiedy padało imię Józef stawała się bardzo nerwowa. Dziwiło mnie, jak 30 lat po rozwodzie były mąż może wywoływać takie emocje, ale to nie moje życie, nie moja sprawa. Nie było czego komentować. Trzeba było tylko uważać na nich oboje i minimalizować wzajemne kontakty. Narzekali na siebie wzajemnie. 

Rozpoczęliśmy sprzedaż. Oferta była ciekawa, więc szybko znaleźli się chętni. Okazało się jednak, że Teresa nie może pokazać mieszkania ani rano, ani po południu, ani w ciągu dnia. Do tego ani w poniedziałek, ani w kolejne dni tygodnia. Cały czas była zajęta. Co tak ją absorbowało tego nie wiem, ale ewidentnie chciała utrudnić prezentacje. Umawianie spotkania trwało dobre trzy tygodnie. W międzyczasie uzbierałem pięcioro zainteresowanych klientów. W końcu po kolejnych telefonach Teresa wyznaczyła termin. Prezentacja miała się odbyć we środę pomiędzy 11.00, a 13.00. Ucieszyłem się. Chciałem w tym czasie umówić wszystkich chętnych, ale jak powiedziałem o swoich planach Teresie stwierdziła, że mogę zaprezentować mieszkanie tylko dwóm zainteresowanym. Klientka robiła wszystko, aby utrudnić mi pracę. Nie udało się. Pomimo piętrzących się problemów pierwszy klient okazał się bardzo zainteresowany zakupem. Mało tego, co zdarza się ekstremalnie rzadko bez targowania zaproponował cenę ofertową. 

Propozycję, pomimo wszystko należało omówić z byłym mężem. Spotkaliśmy się nazajutrz. Podczas rozmowy dość szybko zapadła decyzja, że sprzedaż musi być przeprowadzona transparentnie i szczegóły musimy omówić z panią Teresą. Józef uprzedzał mnie, że prób sprzedaży było już wiele. Byłem zmuszony zorganizować wspólne spotkanie. 

Pierwsza w biurze pojawiła się pani Teresa. Nie spodziewała się takiego obrotu sprawy. Stała się bardzo nerwowa i napastliwa. Na moje pytania odpowiadała zgrzytając zębami. Narzekała, że cena jest zbyt niska i kupujący muszą zapłacić więcej. Taka propozycja złożona kupującemu to oczywiście początek i koniec każdej transakcji. Ponieważ przeczuwałem co zaproponuje Teresa to już wcześniej uzgodniłem z panem Józefem niesymetryczny podział pieniędzy. Kiedy więc powiedziałem, że po sprzedaży Teresa może dostać zdecydowanie więcej niż jej były mąż, zabrakło jej argumentów. Trzeba jednak powiedzieć, że wiele osób stresuje proces sprzedaży, więc pomimo wszystko rozmowa ze mną mieściła się w ogólnych ramach stosunków międzyludzkich. Nie było wylewnie, ale rozmawialiśmy. Względny spokój trwał do momentu pojawienia się Józefa i jego drugiej żony. To czego byłem świadkiem porównałbym do otwarcia puszki Pandory. Słownictwo Teresy nie nadaje się do cytowania. Kiedyś ktoś mi powiedział, że wulgaryzmy to język prostego furmana wożącego węgiel. Ten ktoś jednak nie widział w akcji Teresy. Stary furman nawet z kolegami po wypłacie nie dałby jej rady. Ilość jadu, wulgaryzmów i ogromnej nienawiści, jaki wylał się ust tej kobiety był niewyobrażalny. Nigdy czegoś takiego nie widziałam i nie słyszałem. Obecny ze mną na spotkaniu właściciel biura i jego żona zaniemówili tak samo jak ja. Choć nie była to nudna tyrada, też czekaliśmy z utęsknieniem na koniec. Dostało się Józefowi, jego nowej żonie, mnie i całemu światu. Teresa wypluła z siebie całą nienawiść. Na zakończenie krzyknęła “nie sprzedam”! Trzasnęła drzwiami i wyszła. Józef poza “dzień dobry” nie powiedział nic.  

Dobrą chwilę dochodziliśmy do siebie. Otworzyłem okno, aby obijające się po ścianach i dudniące w uszach koszmarne wyzwiska miały jak odlecieć. Wietrzyłem atmosferę i opadłem bezsilnie na krzesło. Ciszę przerwał Józef. Kolejny raz spojrzał na mnie wymownie i powiedział... “i co ? A nie mówiłem?”

Musiałem przyznać mu rację. 

Rozmawialiśmy. Nie wiem czy świadomie, czy nie, ale pan Józef wpłynął na moją ambicję. Wiedziałem, że muszę sprzedać to mieszkanie! Sprawa była w zasadzie beznadziejna, ale wyzwanie podjąłem. Umówiliśmy się za kilka dni. Miałem przygotować propozycję i ją omówić. 

Ponownie się spotkaliśmy. Tym razem ja spojrzałem na pana Józefa i powiedziałem:

“nie ma pan do sprzedania mieszkania. Ma pan tylko udział. Tylko udziałem może pan dysponować swobodnie. W tradycyjny sposób ta transakcja jest niewykonalna!

Przedstawiłem dość szokującą propozycję ceny w stosunku do pierwotnej, ale po namyśle pan Józef się zgodził. Myślę, że klient świadom beznadziejności własnego położenia po prostu pogodził się ze stratą. 

Nie ma niesprzedawalnych nieruchomości, więc dość szybko znalazłem klienta. Kogoś, kto był na tyle szalony, aby kupić taki problem? Pan Tomasz doskonale wiedział co kupuje. (Od strony formalnej sprzedaż udziałów wygląda identycznie jak sprzedaż całego mieszkania. A od początku było oczywiste, że będąc właścicielką połowy lokalu są tylko trzy możliwości. Jedna - kupić udział od męża, druga sprzedać swój mężowi, a trzecia sprzedać wspólnie i podzielić się pieniędzmi. Oczywiście opcja ostatnia była najkorzystniejsza, ale zabrakło woli jej realizacji).

Omówiliśmy z panem Tomaszem całość zagadnienia i wszystkie możliwe scenariusze prawne. Później były krótkie negocjacje, notariusz i pan Józef sprzedał swój problem. Kupujący miał gotowy plan postępowania, który realizował. Po kilku próbach profesjonalnych mediacji sprawa trafiła do sądu. Po kolejnych dwóch latach była żona Józefa zrozumiała swoje położenie i wyraziła zgodę na polubowne załatwienie sprawy. Nowy właściciel odkupił (po cenie rynkowej) udziały i przejął mieszkanie. 

Czy pani Teresa wyprowadziła się do Garwolina, czy na Łysą Górę tego nie wiem, ale do dzisiaj jestem przekonany, że gdyby tego pamiętnego popołudnia dosiadła miotły to energia nienawiści uniosła by ją w powietrzu.

Po transakcji pan Józef przyszedł podziękować. Dostałem duży koniak i rozmawialiśmy. Wyjawił mi, że to była ostatnia próba. Był tak zdesperowany, że gdyby się nie udało sprzedać udziałów przekazałby mieszkanie w darowiźnie Teresie. Gotów był na każde rozwiązanie, aby zamknąć ostatni element dawno wygasłego związku.

Artykuły, które mogą Cię zainteresować