Matczyna miłość?

Dwa pokoje 38m2, na VII piętrze z balkonem i ładnym widokiem. Takie mieszkanie to najprostsza, bo najbardziej poszukiwana nieruchomość na warszawskim rynku. Co w takim razie było problemem?

Małe mieszkanie w centrum Warszawy

Będąc młodym agentem zostałem poproszony o pomoc w sprzedaży mieszkania w Śródmieściu. Znajomy, który mnie zaanonsował nie wiedział zbyt wiele poza tym, że jest to trudna sprawa i niewielkie mieszkanie. Zadzwoniłem, umówiłem spotkanie,  pojechałem. Budynek, nic szczególnego. Wysoki punktowiec (rama H), centrum miasta, ale lokalizacja super. Potencjalnie mogła to być doskonała oferta do sprzedaży. Telefonicznie ustaliłem, że to dwa pokoje 38m2, na VII piętrze z balkonem i ładnym widokiem.  

Takie mieszkanie to najprostsza, bo najbardziej poszukiwana nieruchomość na warszawskim rynku. Sprzeda się błyskawicznie o ile cena ofertowa nie przekroczy granic zdrowego rozsądku. Co było problemem?

Wjeżdżam windą, dzwonię do drzwi. Otwiera mi drobna, zadbana kobieta w średnim wieku, ale wchodzę z trudem. Ilość dymu papierosowego wewnątrz dosłownie zwala z nóg. Prawie nie widać mieszkania! Jestem dzielny, wchodzę dalej. Przy stole siedzi wielki wąsaty facet. W obwodzie (jak wstał się przywitać) ze 2m, przed nim na stole stoi równie wielka szklana popielnica w której niedopałki przestają się mieścić. Słońce lekko się przebijało przez dym. Udało się ustalić ekspozycję okien - południe!

Po chwili oczy mi się przyzwyczaiły do dymu i z czeluści wyłonił się drugi pokój, a w nim siedzące przy biurku dziecko. Rodzina była w komplecie. 

Przedstawiłem się, usiedliśmy i gospodarz zaczął w superlatywach opowiadać o mieszkaniu. O tym ile jest warte i dlaczego tak dużo. Jaki piękny widok, i budynek, i będzie ocieplony, i klatki schodowe zadbane, i lokalizacja, i komunikacja, i sąsiedztwo, no cud miód! Bez wątpienia gość nadawał się do mojej roboty! W jego opowieści lokum było bajeczne! Gryzący dym i dziwna nerwowość jego dłoni sprawiała jednak, że nie był za bardzo wiarygodny. Siedziałem, słuchałem i zastanawiałem się, o co w tym wszystkim chodzi. Kiedy mój rozmówca zakończył, popatrzyłem na niego i jego partnerkę i powiedziałem: “ wie pan, ja się doskonale znam na nieruchomościach, ale jeszcze lepiej na ludziach, albo rozmawiamy szczerze, o co tu chodzi, albo szkoda marnować Państwa i mój czas.”

Myślę, że pan Karol (bo tak miał na imię gospodarz) spodziewał się, że wyjmę umowę pośrednictwa zrobię zdjęcia i będziemy negocjować - wynagrodzenie, warunki, zakres usługi itp. Niestety wybrałem terapię szokową i uciąłem miłą pogawędkę. 

Chwila zawahania  była długa, ale padła odpowiedź. “Musimy to sprzedać, bo mamy sprawę sądową i musimy podzielić się spadkiem z moją matką i jej bratem po 1/3”. 

Wiedziałem, że to wierzchołek góry lodowej, ale był to też milowy krok do ustalenia okoliczności sprzedaży. Szybko zrozumiałem, że znacznie zawyżona cena wynika z konieczności podziału środków na troje i tego, że pan Karol musi sobie w ekspresowym tempie urządzić życie na nowo.

Miałem okazję już wcześniej przyglądać wielu konfliktom i absolutnie zawsze jest to niezwykle trudne i bardzo przykre, ale matka występująca przeciwko jedynemu synowi? To był szok! 

Najpierw spotkałem się tylko z panią adwokat. Miła, pani prawnik przyglądała mi się bardzo uważnie. Skanowała mnie nieustannie i starała się ocenić, czy ma ze mną o czym rozmawiać. Weryfikacja przebiegła pozytywnie. Ustaliliśmy warunki i ostatecznie wszystkie strony (choć każda oddzielnie) podpisały umowę pośrednictwa. Bez wcześniej podpisanej umowy nie można w ogóle wykonywać usługi, a w tym wypadku bez wyłączności nie było żadnych szans na sukces. Przy takim konflikcie, po prostu szkoda czasu na “amatorszczyznę”. Tu trzeba było działać wyjątkowo profesjonalnie, bardzo metodycznie i koniecznie omówić sprzedaż ze wszystkimi współwłaścicielami. 

Zastanawiałem się, jaką osobą jest matka pana Karola, jakim jest człowiekiem i jaki będzie miało przebieg spotkanie z nią. Okazało się, że jest równie miła jak jej syn. Po prostu zwyczajna, sympatyczna starsza pani. Taki sam był też jej brat. Porozumieliśmy się bardzo szybko i moja argumentacja odnośnie przeprowadzenia transakcji zyskała aprobatę sprzedających. Ustaliłem, że aby uniknąć dodatkowych emocji, w które należałoby wtajemniczać kupującego, matkę pana Karola będzie reprezentował jej brat. Taki wybieg pozwoli uniknąć konfrontacji z synem i całość skomplikowanej  sytuacji rodzinnej możemy zwyczajnie ukryć przed kupującym. Gdyby sytuacja ujrzała światło dzienne z całą pewnością odbiłoby się to negatywnie na cenie.

Relacje rodzinne były w strasznym stanie. Prawniczka powiedziała mi, że nawet sędzinie w trakcie rozprawy udzielały się emocje i trzęsły się jej ręce jak widziała zachowanie stron. Bezpośredniej motywacji do sprzedaży dostarczyła właśnie owa pani sędzina. Podczas ostatniej rozprawy straciła cierpliwość. Podjęła decyzje, że jeśli strony w ciągu sześciu miesięcy nie sprzedadzą wspólnie mieszkania to ona ustali kuratora i kurator ich wyręczy w sprzedaży! Podziałało. Umowa ze mną była rodzajem paktu o czasowym zawieszeniu broni. 

W trakcie oferowania mieszkania na rynku, po kolejnych prezentacjach wyłonił się pan Paweł - klient, który złożył ofertę. Chyba jest jakaś równowaga w przyrodzie, bo kupujący był bardzo spokojnym i wyjątkowo nie wymagającym klientem. Oczywiście nie został wtajemniczony w całe zagadnienie, ale w rozmowie ze mną zdradzał, że czuje, iż coś tam (po stronie sprzedających) jest na rzeczy. Omówiliśmy, jednak kolejne kroki bardzo dokładnie i zarówno czterostronne negocjacje ceny, jak i negocjowanie terminów opuszczenia mieszkania z panem Karolem przeszły płynnie. Ogólnie cała transakcja wraz z wydaniem nieruchomości przebiegła zaskakująco spokojnie. 

Pani adwokat przekonała się do mnie i uchyliła rąbka tajemnicy. Poznałem tło konfliktu: miła i sympatyczna mama pana Karola pchana tęsknotą i ogromną matczyną miłością wystąpiła do sądu przeciw pierworodnemu ponieważ winą za nadmierną otyłość syna oskarżała konkubinę! Uznała, że wybranka serca pana Karola, karmi go, a właściwie pasie nadmierną ilością jedzenia i ten siedzi, żre i tyje, tyje, siedzi i żre! (sic. to był cytat !). 

Szaleństwo nie miało końca. Pan Karol, nie mogąc znieść ciągłych uszczypliwości kierowanych do jego partnerki, odizolował się od matki. Ta z kolei bardzo tęskniła za synem i wpadła na pomysł, że ekonomicznie zmusi syna do opuszczenia konkubiny i powrotu do matki. (Ilość pieniędzy po sprzedaży, która należałaby się panu Karolowi nie pozwalała na zapewnienie godnego bytu tej rodzinie.)

Czy to koniec opowieści? Nie. Koniec historii jest taki, że na pana Karola czekały klucze do komfortowego, trzypokojowego mieszkania w Śródmieściu. Wyremontowane, czyściutkie, pachnące mieszkanie czekało na marnotrawnego, a właściwie na to, aż pogna konkubinę. Niestety ta opowieść nie ma happy-endu. Pan Karol odrzucił propozycję przyjęcia trzech pokoi od matki, odrzucił matczyną miłość (oczywiście w ocenie matki), nie rozstał się z konkubiną, a konflikt prawdopodobnie trwa do dzisiaj. 

Takie scenariusze pisze tylko życie, mojej kreatywności byłoby za mało.

Artykuły, które mogą Cię zainteresować