A dobrze mu tak!

Będąc młodym agentem, przyjąłem do sprzedaży niewielkie, dwupokojowe mieszkanie na Mokotowie, które miałem szybko sprzedać. Nie wiedziałem, że to początek bardzo trudnej transakcji…

Mieszkanie na Mokotowie

Będąc młodym agentem, przyjąłem do sprzedaży niewielkie, dwupokojowe mieszkanie na Mokotowie. Miła, sympatyczna pani Helena, kobieta w średnim wieku chciała je sprzedać. Miała plan dołożyć trochę pieniędzy i następnie kupić inny lokal pod wynajem, bliżej swojego mieszkania. Lokal był całkiem zwyczajny, dwa pokoje w kamienicy z balkonem. Mieszkanie wymagało remontu i było dość głośne, ale wszystkie wady rekompensowała bliskość metra i pobliskie uczelnie. W mojej ocenie idealna inwestycja w mieszkanie pod wynajem. W sierpniu, w szczycie sezonu najmu studenci będą stali w kolejce, aby tu zamieszkać. Cieszyłem się z pozyskania atrakcyjnej oferty i wizji szybkiej transakcji. Zastanawiały mnie jednak trochę plany pani Heleny. Po co sprzedawać mieszkanie idealne do wynajmu, aby w tym celu kupować inne, ponosić koszty sprzedaży, później kolejne koszty zakupu i inwestować w zdecydowanie słabszym miejscu. Sprzedająca mieszkała z dala od metra w dużo gorzej skomunikowanej części Warszawy i z dala od uczelni. Miałem nadzieję, że dowiem się wkrótce wszystkiego, ale nie, spodziewałem się, ile dodatkowych atrakcji mnie czeka.

Oferta szybko trafiła na rynek. Tak jak się spodziewałem, zaczęły spływać pierwsze zapytania. Pojawili się klienci, prezentacje i komentarze... a, że głośno, a że do remontu, a że bez garażu (jakby na Mokotowie były takie mieszkania z garażami), a że klatka schodowa wymaga odnowienia itp. Innymi słowy, standard. Trzeba poczekać na klienta, który dostrzeże inne atuty i złoży ofertę. Ogłoszenie interesowało wiele osób w tym współpracujących w ramach mls-u agentów. Na prezentacje umówiła się Magda, obsługiwała klienta kupującego i umówiliśmy się na prezentację. W mieszkaniu pojawiła się „milutka” rodzinka państwa Cegielskich. Małżeństwo z dwójką dorosłych dzieci. Ojciec rodziny, postawny biznesmen, znawca wszechrzeczy (a szczególnie materii budowlanej) i krytykant wszystkiego. Wyróżniał się na tle innych klientów absolutnie niespotykaną butą i arogancją. Choć jako sprzedawca jestem otwarty na nowych ludzi i wyrozumiały (w końcu każdy ma lepsze i gorsze dni) tak w tym wypadku z każdą minutą spotkania zamykałem się bardziej. Facet był po prostu chamski. Atmosfera gęstniała jak budyń w szklance. Zrobiło się mocno nieprzyjemnie. Na szczęście, miałem klucze i mogłem oszczędzić negatywnych emocji sprzedającej. Swoją drogą zdecydowanie polecam klientom nie brać udziału w prezentacjach. (Taka obecność nie pomaga w sprzedaży). Półgodzinne spotkanie trwało „wieczność". Czekałem na zwyczajowe “do widzenia” w duszy modląc się, aby nie były to słowa prorocze. Ale, niestety były. Nazajutrz Cegielscy złożyli ofertę! Odbyło się kolejne spotkanie, tym razem z panią Heleną. Miałem nadzieję, że obecność miłej sprzedającej zmieni podejście Cegielskiego, ale niestety byłem w błędzie. Kolejny raz atmosfera gęstniała z minuty na minutę, ale po godzinie jakimś cudem dobrnęliśmy do końca. Strony zaakceptowały cenę i warunki, a kupujący poprosił o projekt umowy.

Kilka dni później spotkaliśmy się w kancelarii notarialnej. Do przesłanego projektu nie miałem żadnych w zasadzie uwag ot, kolejna prosta sprzedaż. Jak się miało okazać, umowa była prosta tylko dla mnie i notariuszki. Kupujący mieli zgoła odmienne zdanie.

Syn kupującego studiował prawo i na nasze nieszczęście jego profesor naniósł poprawki na umowie. Miałem się dowiedzieć w ekspresowym tempie, jak różna bywa praktyka prawa od teorii! Pani notariusz cierpliwie znosiła kolejne uszczypliwości kupujących i ich próby podważenia jej kompetencji. Tłumaczyła, tłumaczyła i tylko coraz bardziej drżące ręce i coraz bardziej purpurowa twarz zdradzały, że zbliżamy się do końca tej części umowy. Trwało to dobrą godzinę (co i tak uważam za sukces), kiedy emocje pani notariusz wzięły jednak górę. Dotarliśmy do momentu, w którym profesor, komentator oczekiwał od pani Heleny przedstawienia przy umowie przeniesienia własności zaświadczenia z sądu wieczystoksięgowego, potwierdzającego, że hipoteka będzie wykreślona. To była ta kropla, która przelała czarę goryczy. Pani notariusz wstała i oświadczyła: “że takich głupot żaden notariusz nie zapisze w umowie”. Puściły jej nerwy. Dodała w żołnierskich, zdecydowanych słowach, że jesteśmy u niej gośćmi i albo kupujący pozwolą jej wykonywać pracę zgodnie ze sztuką, albo...możemy skończyć to spotkanie i zmienić kancelarię”. O dziwo argumenty zadziałały. Cegielski ochłonął i po dłuższej przerwie powróciliśmy do czytania umowy.

Później było już tylko prościej, kupujący dostali kredyt, przenieśliśmy własność i transakcja dobiegła końca. Pozostało wydać mieszkanie Cegielskim i zapomnieć o przykrych chwilach. Spotkaliśmy się w mieszkaniu, spisaliśmy protokół, przekazaliśmy klucze. Innymi słowy, happy end!

Rozstając się z panią Heleną zapytałem — czy jest Pani zadowolona ? A ona z przedziwnym błyskiem w oku, pocierając lekko dłonie odrzekła - tak, nawet bardzo, a najbardziej z tego, że dobrze im tak! Nie rozumiałem, o co chodzi, ale zbyła mnie mówiąc “wkrótce zrozumiesz”. Minęły kolejne dwa dni, do mieszkania weszła ekipa budowlana i zaczęła remont.

Rano dzwoni Magda - pośredniczka wspierająca kupujących: “Piotrek co tam się dzieje ? Masakra jakaś. Sąsiadka zza ściany wzywa po kilka razy dziennie policję, była już komisja z administracji i opieki społecznej nie zdziwię się, jak przyjedzie straż pożarna lub sanepid. Cegielscy nie mogą prowadzić remontu, kobieta szaleje.”

W ułamku sekundy wszystko stało się jasne. Zadzwoniłem do pani Heleny, relacjonując sytuację i choć jej nie widziałem, to miałem wrażenie, że szelmowski uśmiech jej nie opuszcza, powiedziała tylko “łączę się z nimi w bólu, ale swój swojego znajdzie. Żaden najemca nie wytrzymał tam dłużej niż miesiąc!”

Artykuły, które mogą Cię zainteresować